Nasz patron



          traugutt2
„Wodzem był ich człowiek świętego imienia, które brzmiało: Romuald Traugutt. Pytasz dlaczego świętym jest to imię? Albowiem według przykazania Pana, opuścił on żonę i dzieci, dostatki i pokój, wszystko co pieści, wszystko co raduje i jest życia ponętą, czarem, skarbem, szczęściem, a wziąwszy na ramiona krzyż narodu swego, poszedł za idący ziemią to słupem ognistym i w nim zginął (...)”. „Gloria victis” / Eliza Orzeszkowa

Romuald Traugutt urodził się w 1826r. Lata dziecięce i młodzieńcze spędził w rodzinnych stronach na pograniczu Polesia i Podlasia. Był bardzo zdolny i inteligentny. Po ukończeniu gimnazjum w Świsłoczu (ze złotym medalem) odjął karierę wojskową. „Musisz być oficerem – będziesz Polsce potrzebny” – mówiła często jego babcia. Do akademii w Petersburgu Romualda nie przyjęli. Skończył szkołę saperów w Żelchowie. „Słuchaj przystojniaku, ty powinieneś iść na księdza” – podśmiewali się koledzy z bursy. Romuald modlił się każdego wieczora przy swoim łóżku, czytając zarazem Pismo Święte. Było to bardzo zauważalne, ponieważ w swoim życiu kierował się zasadami Ewangelii. Religia przepajała całe jego życie, w niej znalazł źródło siły, aby wytrwać do końca. 

Rok 1859 był dla niego rokiem żałoby. Mieszkał wtedy w Petersburgu jako wykładowca szkoły wojskowej. W tym też roku zmarła mu babcia, dwoje najmłodszych dzieci i żona. „Boże miłosierny, bądź im miłościwy, a mnie wspieraj” – zapisał w swojej książeczce do nabożeństwa. Chciał nawet wstąpić do zakonu, ale ojciec kapucyn przypomniał mu testament babci: „Będziesz Polsce potrzebny”. Córka tak pisze o ojcu: „Tatuś urządził na górze w pokoiku kaplicę. Był tam ołtarzyk, obraz Matki Bożej i świece. Tatuś zabierał nas tam co wieczór na rodzinny pacierz. W niedzielę, gdy nie mięliśmy jechać do kościoła, tatuś gromadził wszystkich domowników i czytał modlitwy. Tatuś zawsze modlił się z mamą. W maju zabierał nas wszystkich na majowe. Pamiętam, jak brał nas na kolana, uczył katechizmu i historii świętej.”

Działalność Romualda Traugutta bogata jest w wyjątkową i niepowtarzalną treść. Mięliśmy wielu wybitnych wojskowych i ogólnonarodowych przywódców, jednak możemy stwierdzić, że żaden z tych wybitnych osobistości, nie działał w tak ciężkich, a nawet beznadziejnych warunkach jak właśnie Traugutt. On jednak znalazł w sobie odwagę, mimo że powstanie styczniowe zaczęło upadać, i postanowił, że stania na czele Polaków oraz weźmie na siebie całą odpowiedzialność. Nie należał do żadnej konspiracji, lecz gdy tylko powstanie ogarnęło tereny Polesia, objął dowództwo nad oddziałem złożonym ze 160 strzelców i kosynierów. Miało to miejsce w nocy 3 maja 1863r. W kilka dni później, a mianowicie 17 maja, udało mu się wciągnąć w zasadzkę dwie kompanie piechoty i oddział kozaków. Wkrótce potem, połączywszy się z innymi oddziałami, Traugutt odjął dowództwo nad siłami powstańców w Pińczyźnie. W połowie sierpnia, Traugutt otrzymał propozycję od Rządu Narodowego na wyjazd za granicę. Celem misji Traugutta było zorientowanie się w pracy zagranicznych rządów. Wrócił po dwóch miesiącach zabrawszy liczne dane, które wskazywały na braki w funkcjonowaniu tamtych placówek. W kraju zastał upadek władzy powstańczej. 

W tych warunkach Traugutt postanowił wziąć na swe barki odpowiedzialność za dalsze losy państwa. Od tego momentu stał się on faktycznym dyktatorem powstania. Pierwszym zadaniem Traugutta była odbudowa centralnych i terenowych organów podziemnych państwa powstańczego, którego dokonał w sposób szybki i sprawny, umiejąc dobrać właściwych ludzi na odpowiednie stanowiska. Traugutt miał jasną wizje tego co trzeba zrobić, aby ożywić powstanie i doprowadzić je do zwycięskiego końca. Przede wszystkim postanowił zdyscyplinować oddział partyzancki, który działał w dużym stopniu na własną rękę, według swego widzimisię poszczególnych dowódców. Efektem tego był podział terytorialny na korpusy, dywizje i półki. 

Romuald Traugutt posiadał wielką miłość do żołnierzy, ale i sam ich szanował i kochał jako towarzyszy broni: „Odkrywał przed szeregami czarnowłosą głowę i za to, że sile przemagającej rozproszyć się nie dały, że wstydem nie splamiły krzyża, który przejęty na swoje ramiona – dziękował. Ale i wtedy jeszcze gdy dziękował, głos jego rozległ się jak bojowe dźwięki i nie było w nim słodyczy ani pieszczoty, hart tylko był i wola żelazna, trzymająca mocno wodze ich woli. Im zaś od tych dziękczynień stalowych i krótkich na twarze znojem oblane, prochem opalone, kurzawą okryte, spadł blask wniebobiorącej radości.”

Wódz jednak był zdolny do bardzo ciepłych uczuć, kontrastujących z jego surowością. Miał poczucie własnej misji i ogromne poczucie odpowiedzialności. Zupełnie odmiennymi oczyma spojrzał Traugutt na sprawę zewnętrznej pomocy. Zaczął liczyć nie na rządy, ale na ludy. W marcu 1864r. z Komitetem Narodu Węgierskiego zawarł układ przeciwko rządom zaborczym. Z Garibaldim też nawiązał kontakt w sprawie utworzenia własnego korpusu posiłkowego. Niewątpliwie wszystkie te posunięcia były bardzo słuszne, przychodziły jednak zbyt późno, ponieważ upadek powstania stał się już faktem nieodwracalnym. Olbrzymie masy wojsk zaległy cały kraj. Wzrosła liczba aresztowań, a większość oddziałów była podbita. Lecz dzięki Trauguttowi powstanie przetrwało aż do wiosny 1864r. Nie zrezygnował on ze swojej pracy do końca. Nawet do momentu aresztowania w nocy dnia 11 kwietnia 1864r. Do maja maltretowano go na Powiaku. Podczas śledztwa Traugutt pozostawał nieugięty. Nikogo nie zdradził. Całą odpowiedzialność za powstanie brał na siebie. Zdradzili go: Goldem, Przybylski i Morawski, który to podczas rozprawy na sali sądowej upadł do nóg Traugutta i prosił o przebaczenie. „Niech ci Bóg przebaczy, a ja już ci przebaczyłem”. Miał wyrzut: „(...) a jednak zastrzeliłem człowieka”. Dla większego wrażenia postanowiono wraz z Trauguttem zgładzić także najbliższych jego współpracowników. 

Rankiem 5 sierpnia 1864r. na stoku cytadeli warszawskiej wystawiono pięć szubienic. Wielotysięczny tłum przybył na miejsce, żeby pożegnać swych przywódców. Przywieziono skazańców. „Który z nich Traugutt?” – pytał policmajster. Wzniósł obiema rękami krzyż w górę i powiedział: „Ja jestem Traugutt!” Traugutt pozostawał jak zwykle spokojny i nieporuszony. Płacz, krzyk, śpiew-modlitwa „Boże coś Polskę”, a carska orkiestra grała walca „Na stokach Mandżuru”. Złożył ręce, wzniósł oczy do nieba. Modlił się i ucałował krzyż. Miał zaledwie 38 lat. Nie ma grobu Traugutta, ale w miejscu jego śmierci stoi krzyż. Warszawiacy mówią – krzyż Traugutta: „Ja jestem Traugutt!”

Czy Traugutta można nazwać Mojżeszem? Mojżesz? Ciekawe. Eliza Orzeszkowa w utworze „Gloria victis” porównuje Traugutta do biblijnego Mojżesza, który wyprowadził lud izraelski z niewoli Egipcjan. Podobnie Traugutt pragnie tego samego dla narodu polskiego. Pragnie WOLNOŚCI! Pragnie „ziemi obiecanej”. Wszystko to, co czynił Traugutt potwierdza jeszcze raz, że jego miłość do Polski płynęła nie tylko z faktu, że był Polakiem, ale przede wszystkim z jego przekonania przepojonego duchem Ewangelii Chrystusa. 

ANNA PLISZKA (KLO)